sobota, 11 maja 2013

Rozdział 3.


Nocowanie czas zacząć
Zadzwoniliśmy do domu Jusa. Otworzyła nam Ashley Steven- mama Justina.
-Wejdzie. Justin czeka na was u siebie- uśmiechnęła się trzydziestosiedmioletnia kobieta o jasnej karnacji, brązowych włosach i ciemnych oczach. Wpuściła nas do domu. My jedynie ściągnęliśmy buty i poszliśmy na górę do pokoju Justina, który znajdował się na końcu dość długiego korytarza. W jego domu zawsze czuć było słodki zapach wanilii. W łazience zawsze pachniało lawendą, a w pokoju Justina czuło się nutkę pomarańczy.
Weszliśmy do jego pokoju. Akurat Jus leżał na łóżku i słuchał muzyki.
-Cześć, Justin!- wypalił James i przybił piątkę z przyjacielem. Ja podeszłam do chłopaka i przytuliłam go delikatnie. Odstawiliśmy gitary i usiedliśmy. James na podłodze, Justin na łóżku a ja na fotelu. W sumie to nie siedzieliśmy grzecznie jak te dzieci, tylko rozłożyliśmy się. Moje nogi zwisały za podłokietnikiem, Justin leżał na łóżku, a James rozwalił się na podłodze jak pasztetowa na słońcu.
-Nie chce mi się grać- odezwał się w końcu Justin.- Musimy grać?
-Nie!- powiedziałam równo z Jamesem. Spojrzeliśmy po sobie i wybuchnęliśmy śmiechem, a Jus zaczął nucić pod nosem jakąś piosenkę.
-Justin, ja już jadę do dziadków i nie będzie mnie przez cały weekend, a może dłużej. Jak coś to dzwoń- oznajmiła nam mama Justina. Jego rodzice rozwiedli się, gdy Justin miał 6 lat. Nadal rozmawia z tatą i podtrzymuje z nim kontakt, ale my, jako jego przyjaciele, nigdy go nie poznaliśmy. Jus obiecał, że kiedyś pojedziemy do jego domku letniskowego i poznamy go oraz spędzimy bardzo dużo czasu razem.
Justin przerzucił muzykę ze swoich słuchawek na radio i gdy tylko usłyszał zamknięcie drzwi frontowych od razu podgłosił ją na cały dom.
Czy ja mówiłam już o wyglądzie Justina? Chyba nie. Miał ciemne, brązowe włosy, z długości mniej więcej takie jak James. Cerę i ciemne oczy odziedziczył po matce- Ashley. Kąciki ust podniesione były lekko do góry, a na jego twarzy zawsze gościł uśmiech. No, chyba ze coś naprawdę złego się działo. Ogólnie Justin był wiecznym optymistą. Miał silnie zbudowaną sylwetkę, głównie dlatego, że ćwiczył karate i kosza oraz widać go było na zajęciach piłki ręcznej. Grał na gitarze od 8. roku życia, a więc już prawie 10 lat. Wszystkie dziewczyny w szkole i w mieście wzdychały na jego widok, ale jedynymi, jakimi się interesował, gadał i spędzał czas, to byłam ja, Harriet i Lexi.
-Głodny jestem- stwierdził James, podnosząc się z podłogi. Wieczny głodomór.
-Zamówmy pizzę- stwierdził Justin i wziął do ręki telefon. Zamówił pizzę, a potem popatrzył na nas. Wykrzywił głowę w lewo, potem w prawo i zaśmiał się.
-Z czego się tak cieszysz, głąbie?- zaśmiałam się i spojrzałam na Justina.
-Śmiesznie wyglądacie- odpowiedział.- Ej, dzisiaj jest piątek, prawda?
-No tak. A co chcesz zrobić?- zapytał James, zabawnie poruszając brwiami.
-Chata wolna, mama wróci po weekendzie- zaczął Justin.- Pomyśl trochę, wysil się i będziesz wiedział o co mi chodzi- zaśmiał się chłopak.
James uśmiechnął się porozumiewawczo do Justina, a potem obydwoje spojrzeli na mnie. Mnie się o zdanie pytać nie muszą. Ja tam zawsze jestem chętna!
~
-Idźcie do tego sklepu wreszcie. Ja pójdę się przebrać i oznajmię ludziom o imprezie- zaproponowałam, gdy chłopcy wszystko szykowali, ale nic im się nie udawało. Na środku kuchni w domu Justina stał blat i na nim postawiliśmy czerwone kubki, alkohol i przekąski. Jeszcze chłopcy musieli iść po jakieś napoje i dopiero moglibyśmy uznać, ze wszystko gotowe. W wielkim salonie stała wieża i kino domowe, więc poszperaliśmy u Justina w pokoju i znaleźliśmy dużo płyt ze świetną muzyką.
-Dobra, to ja z Jamesem idziemy i jak kogoś spotkamy to ich zaprosimy. Ty też- oznajmił Justin.- Pamiętaj, żeby wyglądać jeszcze lepiej niż zwykle!- zaśmiał się i razem wyszliśmy z domu Jusa.
Poszłam, wręcz pobiegłam, do domu. Wparowałam od razu i oznajmiłam mamie, że przyszłam się tylko przebrać, a potem idę na nocowanie z Lexi, Harriet i Jamesem do Justina. Zawsze mówiliśmy rodzicom, że idziemy do kogoś nocować, gdy tak naprawdę robiliśmy imprezę. Nigdy nas nie nakryli i lepiej żeby tak zostało.
Wbiegłam po ciemnobrązowych schodach do mojego pokoju i wyrzuciłam wszystkie ubrania z szafy. W międzyczasie podzwoniłam po ludziach i oznajmiłam, że jest impreza. Przejrzałam wszystkie ciuchy z szafy i kompletnie nie miałam pojęcia w co się ubrać, więc zadzwoniłam po Harriet i Lexi. Dziewczyny po 10 minutach przyjechały już uszykowane na nocowanie, a raczej imprezę.
-Załóż to!- powiedziała Lexi, pokazując niebieską sukienkę, bardzo opiętą.
-Nie. Nie chce wyglądać puszczalsko- odpowiedziałam Lex i szukałam dalej.
-E, co się tu dzieje?!- zapytał Mike, gdy wszedł do mnie do pokoju. ZNOWU bez pukania. Szybko wstałam i zamknęłam drzwi.
-Mógłbyś łaskawie nie krzyczeć?- zapytałam go szeptem.- Dzisiaj jest nocowanie u Justina.
-Też mogę iść?- zapytał, robiąc zbyt słodką minę. Mike wiedział co znaczy nocowanie, bo nieraz wychodził ze mną. Skinęłam głową, a on zaczął cieszyć się jak opętany, a potem wyszedł z pokoju i poszedł się ubierać.
-Załóż tę- powiedziała Harrie, pokazując mi śliczną, ciemnozieloną sukienkę na ramiączkach, delikatnie obcisłą i sięgającą przed kolana.
-Harrie, ale ja nie lubię tej sukienki- stwierdziłam, patrząc na przyjaciółkę. Wiedziałam, że bardzo jej się ta sukienka podoba.- Weź ją- uśmiechnęłam się.
-Przecież dzisiaj nie mamy Sezonowej Nocy Wymieniania Się Ubraniami- powiedziała Harriet. SNWSU to był nasz zwyczaj od kiedy zaczęłyśmy się przyjaźnić. Przychodziłyśmy na koniec sezonu do jednej na noc, biorąc ze sobą ubrania na sezon kolejny i wymieniałyśmy się nimi albo je sobie dawałyśmy. Zawsze każda miała coś nowego.
-Oj tam. Przestań- zaśmiałam się i założyłam malinową sukienkę odcinaną w talii z lekkim, krótkim rękawem, rozszerzaną ku dołowi i sięgającą do połowy ud.
-Ta. Sukienka. Jest. Boska- stwierdziła Lexi, wstając. Poprawiła przy okazji swoją czarną, obcisłą miniówkę i szare zakolanówki. Strój dopełniała luźna, wkasana w spódniczkę w kolorze morskim bluzka.
-Pezz, mogę założyć tą sukienkę?- zapytała Harrie, wskazując na ciemnozieloną sukienkę. Skinęłam głową i uśmiechnęłam się. Ubrałam się szybko, założyłam czarne baleriny i sprzątnęłam w domu. Wzięłam torbę, którą wypchałam rzeczami na nocowanie i schowałam do niej cieliste szpilki na platformie oraz kosmetyki. Założyłam płaszczyk i razem z dziewczynami i Mikem wyszliśmy z domu. Wsiedliśmy w samochód Harriet i pojechaliśmy do Justina.
Chłopcy już wszystko przygotowali i czekali na nas. W samochodzie przebrałyśmy buty, więc byłyśmy ubrane już jak na imprezę. Wzięłyśmy torby z rzeczami i weszłyśmy do domu Justina.
-No hej!- krzyknęły dziewczyny na wejściu.
-Gdzie możemy zostawić torby na nocowanie?- zaśmiała się Harriet, a Justin wskazał im swój pokój. Poszłyśmy wszystkie i odłożyłyśmy torby oraz ostatecznie się uszykowałyśmy. Mike przyniósł swoją torbę i zszedł na dół pomagać chłopakom.
-Boże, wyglądamy pięknie!- zachwycała się Lexi, a ja z Harrie zaczęłyśmy się z niej śmiać.
Zeszłyśmy na dół i okręciłyśmy się.
-Możemy tak wystąpić?- zapytałyśmy, a chłopcy stali jak posągi. W końcu James odpowiedział:- Pewnie, że tak!
Zauważyłam jak Justin patrzy się na mnie. Jeszcze chwila i by mu ślinka pociekła z tych pięknych ust. Ale nie mogę o tym myśleć. Przecież Justin jest tylko moim przyjacielem. Ja nie mogę być w nim zakochana, a on nie może być zakochany we mnie. Bo jeśli znowu się w sobie zakochamy i zerwiemy to trudno będzie być znowu przyjaciółmi, prawda?
Po chwili usłyszeliśmy pierwszy dzwonek do drzwi.
-CZAS ZACZĄĆ IMPREZĘ!- krzyknęliśmy wspólnie.

środa, 8 maja 2013

Rozdział 2.


Poznajcie naszych Lovelasków
-Pezz, Harrie!- krzyczała Lexi Honow, nasza przyjaciółka od wieków. Dziś miała na sobie czarną spódniczkę przed kolana, wkasaną białą bluzkę, a do tego malinowe szpilki i malinową, niewielką kopertówkę. Przywitałyśmy się i czekałyśmy na resztę naszej paczki, czyli Justina, Jamesa i Carlosa. Carlos Stomek- uważany za szkolnego kujona, ale ja uważam, że jeśli jest kujonem to tylko w kwestii podrywania dziewczyn. Jest bardziej znany jako flirciarz i już nie jedna uległa jego urokowi. Na całe szczęście ja, Harrie i Lex jesteśmy odporne na wdzięki Carlosa. Z końca parkingu idealnie było widać wszystkich i nie dało się przeoczyć, jak to ona się nazywa, „Szkolnej Divy”. A prościej mówiąc Taylor Marin. Uważała się za niewiadomo kogo. Przecież to jest logiczne, że nigdy nie będzie taka jak ja, a już na pewno nigdy nie dorówna mi popularnością. Taylor zatruwa mi życie od niedawna. Tak naprawdę jest zazdrosna, ze zadaję się z Justinem, Jamesem i Carlosem oraz uważa, że ‘’odbiłam’’ jej przyjaciółki. Jedno słowo przychodzi mi na myśl-suka.
Słodka Taylor od razu do nas podeszła i zaczęła podrywać chłopaków. Oni jednak, nie zwracali na nią uwagi, tylko gadali z nami. W końcu Księżniczka tak się zgasiła, że powiedziała „Muszę lecieć, kochani” i poszła.
Gdy zadzwonił pierwszy dzwonek wszyscy razem weszliśmy do szkoły, a ja już czułam te spojrzenia ludzi. Przed nami szła Taylor, a ja już w myślach widziałam, jak się potyka na tych swoich szpilkach i upada na posadzkę. Cóż, na coś takiego długo czekać nie musiałam, bo po minucie, Taylor leżała już na ziemi, a jej świta zbiegła się, żeby jej pomóc. Razem z chłopcami ruszyłyśmy do klasy, gdzie przywitał nas nasz wychowa- pan Durnin. Pan Durnin to naprawdę świetny facet i nauczyciel matematyki. Cała szkoła go uwielbiała, ale co się dziwić, że rozmawiał z nami normalnie, a lekcje prowadził tak, że każdy, nawet największy tłumok, mógł to zrozumieć. Rozdał każdemu jego indywidualny plan lekcji, w zależności kto na jakie zajęcia się zapisał.
Po krótkim przemówieniu pana Durnina zebrałam się z dziewczynami i chłopakami, a potem wyszliśmy ze szkoły. Aby „uczcić” powrót do szkoły poszliśmy na pizzę. Po drodze mijaliśmy nowych uczniów naszej szkoły, a teraz, siedząc, rozmawialiśmy o nich.
-Ej, widziałyście tą laskę, co miała te szpilki, ale się przewróciła?- zaczął chichotać Justin.
-To była Taylor- odpowiedział James, nie łapiąc o co chodzi Justinowi.
-No wiem!- zaśmiał się, a my wszyscy wpadliśmy w śmiech. I w tym momencie miałam głęboko gdzieś, co ludzie w pizzerii sobie o nas pomyślą.
Rozmawialiśmy chyba ze 3 godziny, jedząc przy tym pizzę. Znaczy się chłopcy wciągnęli swoje kawałki w przeciągu sekundy, a ja z dziewczynami jadłyśmy i jadłyśmy.
-Dobra, ja się zbieram, bo obiecałem być w domu o 12, a jest już 13- powiedział Carlos i zaczął się śmiać.
-A od kiedy ty taki punktualny?- zaśmiała się Lexi. Carlos posłał jej ironiczne spojrzenie, pożegnał się z nami i wyszedł.
Nagle zaczął dzwonić mój telefon, więc wyjęłam go z torebki i odebrałam.
-Idioto, uspokój się do cholery. Co znowu chcesz?- zapytałam, gdy w słuchawce usłyszałam paniczny głos Mike’a. Miałam dosyć już jego krzyków, więc oddałam telefon Justinowi, który ogarnął mojego brata i dał mu kilka rad, a potem dołączyć się James, który kazał mu się uspokoić. Z dziewczynami zaczęłyśmy się śmiać z chłopców, a oni spiorunowali nas tylko wzrokiem. Po rozmowie z Mikem oddali mi telefon i stwierdzili krytyczny stan u niego, dlatego z dziewczynami nazywamy ich DOKTORAMI OD MIŁOŚCI, czy też LOVELASKAMI. Prócz nas nikt nie mógł pojąć dlaczego tak właśnie się nazywają. Z czasem i my zapomnieliśmy, ale przezwiska zostały.
Potem każdy ruszył do swojego domu. Lexi poszła z Harriet, ponieważ mieszkały blisko siebie, a ja z Justinem i Jamesem ruszyłam do domu, bo również mieszkaliśmy niedaleko siebie. Po drodze chłopcy opowiadali sobie o jakiś grach, nawet nie potrafię powiedzieć jak one się nazywają, bo są naprawdę jakieś dziwne. Potem zmienili temat, bo widzieli, że nie wiem o czym mówią. Rozmawialiśmy o warsztatach, na które razem chodziliśmy, a potem zaczęliśmy mówić o zajęciach gitary, na które już jutro wracamy.
-Zapraszam was do mnie, to sobie poćwiczymy- zaproponował Justin z wielkim uśmiechem na twarzy.
-Chętnie. Przynajmniej nie będę musiała wysłuchiwać mojego brata- zaśmiałam się, a w ślad za mną zaśmiali się chłopcy.
Rozeszliśmy się do domów. Otworzyłam drzwi i przyleciała mała Noemi, moja kuzynka. Wzięłam ją na ręce i przytuliłam, a potem się wycałowałyśmy. Poszłam do salonu i przywitałam się z ciocią i mamą.
-I jak tam rozpoczęcie?- zapytała mama, stawiając filiżanki kawy na stoliczku, szklankę soku i talerz ciastek.
-Szału nie ma, dobrze wiesz- zaśmiałam się i odstawiłam Noemi na podłogę.- Mamo, idę do Justina. Będziemy ćwiczyć grę na gitarze. A i James też będzie, nie martw się- zaśmiałam się do mamy, a ona zachichotała.
-Dobrze, ale nie wracaj późno- odparła Nina. Noemi to była córka młodszej siostry mamy- Maddie Klaus. Wyszła za mąż za Liama Klausa, jakieś 4 lata temu i 2 lata temu urodziła im się Noemi. Emi to taki słodki szkrab. Miała krótkie blond loczki i duże, niebieściutkie oczka. Uwielbiałam z nią spędzać czas i często z nią zostawałam czy się nią zajmowałam. Praktycznie cały wakacyjny miesiąc zajmowałam się nią, bo ciocia Maddie z wujkiem wyjechali na wakacje. Należało im się, prawda?
Poszłam na górę i przebrałam się w cienki sweterek w miętowe, białe i różowe paski z suwakiem na plecach. Wzięłam gitarę, a do pokrowca spakowałam telefon, zeszyt do nut, książkę z piosenkami, kostkę, stroik, kapodaster i  wszystko co jest potrzebne. Założyłam krótkie, miętowe trampki i wyszłam z pokoju. Zeszłam na dół, pożegnałam się z ciocią, Noemi i mamą i wyszłam z domu.
Po drodze wstąpiłam po Jamesa, na którego musiałam czekać, bo układanie jego, krótszych niż do ramion włosów, trochę zajmowało. Miał ciemnoczekoladowe włosy i zielone oczy. Jego włosy raz były proste raz kręcone, więc niektórzy przezywali go Loczek. Głównie wolał proste, ale zdarzały się dni, gdy miał słodko poskręcane. Chłopak wziął gitarę i wyszedł w niebieskiej bluzie z kapturem, ciemnych rurkach ze specjalnym krokiem i czarnych trampkach.
-Dłużej się nie dało, Dupozwisie?- zaśmiałam się. Mówiłam czasami na niego Dupozwis, przez te spodnie z krokiem, z których zawsze się naśmiewałam.
-Nie, blondynko- zaśmiał się James, a ja posłałam mu piorunujące spojrzenie. Poszliśmy do domu Justina, rozmawiając o wszystkim i o niczym. 

niedziela, 5 maja 2013

Rozdział 1.


Mój brat to szaleniec, ale pozytywny
Jutro pierwszy dzień w szkole po wakacjach. Sama nie wiem czy się cieszyć czy może raczej płakać. Jak pomyślę o pani Dawins i panu George to aż mi się wymiotować chce. Najgorsze zmory całego liceum! W tym roku jednak mam zamiar nie przejmować się nimi, tylko iść przed siebie. Jakoś zawsze musiałam iść pod komendę innych, ale teraz będzie kompletnie na odwrót. Niby zawsze byłam niezależna, ale jakoś nikt nigdy tego nie dostrzegał. Zmienię to.
-Perrie, do cholery jasnej, może byś łaskawie się do mnie odezwała?!- wparowała do mojego pokoju Harriet Belown, moja najlepsza przyjaciółka. Przez kilka dni nie odzywałam się do niej, a ona o mało co nie umrze z nieświadomości co się ze mną dzieje. Współczuje jej przyszłym dzieciom.
-Daj spokój, Harriet- powiedziałam do niej, podnosząc się leniwie z łóżka i zamykając nogą drzwi.- Nie miałam czasu. Dobrze wiesz, że miałam warsztaty taneczne od rana do wieczora.
-Tak wiem. W tym tygodniu warsztaty taneczne, w poprzednim warsztaty plastyczne a w następnym tygodniu wracasz w wielkim stylu na zajęcia gitary- odpowiedziała mi lekceważąco Harriet, która miała długie, ciemnorude loki i ciemnozielone oczy, które idealnie współgrały ze śniadą cerą. Harriet była tą, co jest uważana za dziwaczkę, ale jednocześnie każdy pragnął się z nią przyjaźnić, kolegować, a już na pewno być na etapie mówienia „cześć” na szkolnym korytarzu. Mimo że wszyscy lubili nas obydwie, bez żadnego ‘’ale’’, to nie zawsze traktowali nas tak samo. Nie lubiłam tego poróżnienia. Ja miałam długie blond włosy i lawendowe oczy, a Harriet była uważana za rudzielca. Moim zdaniem jej wygląd bardzo pasował do jej energicznego charakteru, a swoją urodę zawdzięcza głównie irlandzkim korzeniom, o których niewiele ludzi wiedziało.
-Przynajmniej się udzielam- zaśmiałam się, a Harrie ciężko opadła na łóżko zdejmując torbę z ramienia. Miała dzisiaj na sobie szafirową sukienkę na krótki rękaw, sięgającą do kolan i, jak na nią, obcisłą. Dziewczyna posłała mi piorunujący wzrok, a ja się tylko zaśmiałam.
-Mamo! Przynieś nam sok i coś słodkiego!- krzyknęłam z pokoju, nawet nie wysilając się żeby wstać i otworzyć drzwi, lub samej ruszyć dupsko po napój i słodycze. Taka już moja jakże cudowna natura. Oczywiście starałam się stać bardziej aktywna, ale przez te wakacje stałam się mistrzem lenistwa.
-Perrie, pomóż mi!- krzyknął mój brat Mike, który zawsze gdy czegoś potrzebował kazał mi samej się do niego fatygować. Bez zastanawiania jest moim bratem w 100%, bo lenistwo mamy chyba w krwi.
Poprosiłam Harriet, żeby zaczekała chwilę, a ja poszłam do pokoju obok. Szybko otworzyłam drzwi i powiedziałam:- Czego znowu chcesz? Mam gościa, więc się streszczaj, idioto.
-Jak mam zapytać się Lux, czy pójdzie ze mną do kina?- zapytał Mike, po którym widać było, że musi znać odpowiedź natychmiast, żeby zagadać do Lux. Lux Dylan, jedna z najfajniejszych dziewczyn w szkole, ale młodsza ode mnie o 2 lata, a od Mike’a- 1 rok. Mój brat przyjaźnił się z tą brązowooką szatynką od podstawówki i nagle w liceum zdał sobie sprawę, że Lux jest idealnym materiałem na kolejną dziewczyną. Tak, kolejną. Mike miał już chyba z 5 dziewczyn, w tym 2 były naprawdę niesamowite, ale jedna się przeprowadziła, a druga postanowiła go zostawić dla jakiegoś mięśniaka. Ja akurat uważam, że chłopcy trenujący karate są dużo bardziej seksowni niż jacykolwiek futboliści, a Mike się do nich zaliczał. Jego ciemno krucze włosy i niebieskie oczy hipnotyzowały miliony bezbronnych dziewczyn, jednak on nie zdawał sobie z tego sprawy i uważał, że one robią to specjalnie.
-Normalnie. Tylko nie pisz. Zadzwoń. Najlepiej teraz- powiedziałam i wyrwałam mu telefon z dłoni, wykręciłam numer do Lux i oddałam telefon z powrotem Mike’owi, a potem odwróciłam się, by zobaczyć jego żałosną minę, puściłam do niego oczko, wyszeptałam „powodzenia” i wyszłam z pokoju, zamykając drzwi.
Na korytarzu spotkałam mamę, niosącą sok, szklanki i słodycze, więc przejęłam od niej te rzeczy mówiąc:- Dzięki mamuś.
-Przepraszam Cię, ale ja z nim nie wytrzymam- powiedziałam, otwierając nogą drzwi. Postawiłam na stoliku picie, słodycze przeniosłam na łóżko, a następnie zamknęłam z powrotem drzwi.- To na czym skończyłyśmy?
-Z tego co pamiętam opieprzałam cię- zaśmiała się Harriet.
-W takim razie, sprawdźmy jakie ciacha przychodzą do nas do szkoły, jacy odchodzą a jacy byli, są i będą- zaśmiałam się i sięgnęłam laptop spod łóżka. Na stronie szkoły sprawdziłyśmy listy klas i wszystkich nowych.
Głównie były to małe knypki, nie sięgające nam dobrze do ramion, ale niektórzy z nich byli naprawdę przystojni i wysocy, że nawet nie da się o nich powiedzieć, że są nowi. Sprawdziłyśmy też chłopaków z ostatnich klas, czyli ten sam rocznik co ja i Harriet.
Zrobiłyśmy z Harrie wstępną listę najgorętszych chłopaków w szkole, a na tej liście znalazł się między innymi Justin Steven- najprzystojniejszy chłopak od bardzo dawna i oczywiście był na miejscu pierwszym. Znałam się z nim od początków liceum, ponieważ razem uczęszczamy na francuski, historię, angielski, matematykę i fizykę, także naprawdę bardzo często się widujemy. Kiedyś spotykaliśmy się po szkole, ale mieliśmy przez to kłopoty, bo opuściliśmy się w nauce, nie dbając o nic tylko o rozwijanie naszej znajomości.
Na drugim miejscu znalazł się nasz przyjaciel James Forment, który uczęszczał na wszystkie SKSy, organizowane w naszej szkole. Grał też na gitarze, pianinie i perkusji. Nie wspomnę nawet o jego fantastycznym głosie i powodzeniem u dziewczyn, nie tylko w szkole, ale i w całym mieście.
Dalsze miejsca zmieniały się z roku na rok, ale te dwa były zarezerwowane właśnie dla nich.
Nagle z pokoju obok dobiegł krzyk radości. Tak, krzyk Mike’a. Mogę dać sobie głowę uciąć, że Lux się zgodziła i pójdzie z nim na tą cholerną randkę, choćby nie wiem co się działo. Spojrzałam po sobie z Harrie i wybuchnęłyśmy śmiechem, a potem krzyknęłam:-  Zamknij się, Mike.
Około 21 Harriet poszła do domu, a ja uszykowałam się na jutrzejsze rozpoczęcie roku i położyłam się zmęczona spać.
Następnego dnia Nina, moja mama, obudziła mnie i mojego brata. Miałam tylko półtorej godziny na uszykowanie się, pięknie. Szybko wstałam, wzięłam ubrania i pobiegłam do łazienki. Pierwsze co zrobiłam to złapałam za prostownicę i podłączyłam ją do gniazdka, potem umyłam zęby i ubrałam się w białą, koszulową tunikę i czarne dżinsy. Wyprostowałam włosy i spięłam je w wysoką kitkę, zostawiając grzywkę na boku. Delikatnie się pomalowałam, tj. fluid, puder i tusz do rzęs.
-Perrie, ruszaj się. Nie chce się spóźnić- narzekał Mike.
-Lux ci nie ucieknie. Jak kocha, to poczeka- powiedziałam, kończąc malowanie rzęs. Wzięłam piżamę i wyszłam z łazienki dodając:- Łazienka już wolna, proszę pana.
Rzuciłam piżamę na łóżko i wzięłam szafirową torbę, leżącą przy komodzie. Spakowałam do niej telefon, szczotkę do włosów, kosmetyczkę, chusteczki i milion niepotrzebnych nikomu rzeczy. Założyłam szafirowe, wysokie szpilki i zeszłam na dół.
-Jak chcesz podjechać po Harriet, to pospiesz Mike’a- powiedziała mama, pijąc pospiesznie kawę. Zrobiłam sobie herbatę i spokojnie wypiłam, a w tym czasie Mike wybiegł z łazienki.
-Jest już tak późno, a nikt nie jest tak miły by mnie poinformować?!- powiedział, zbiegając ze schodów i zakładając marynarkę. Wciągnął szybko buty i wszyscy wyszliśmy z domu.
-Masz jakieś wieści od taty?- zapytałam mamę, jadąc samochodem po Harriet.
-Jak na razie tylko tyle, że do końca miesiąca jeszcze będzie musiał pracować w Irlandii, a potem się zobaczy- odpowiedziała Nina. Mike nerwowo spoglądał w telefon, a ja o mało nie zaczęłam się z niego śmiać. Po kilku minutach byliśmy po Harriet, która założyła białą koszulową bluzkę z czarnymi guzikami, wkasaną w czarne dżinsy, a do tego seledynowe szpilki i seledynowa torebka. Włosy miała dzisiaj upięte w kuca, pozwalając swojej niesfornej grzywce spoczywać na jej czole.
Mama podwiozła nas prosto pod szkołę i wszyscy wygramolili się z samochodu. Nina, jako nauczycielka języków obcych pobiegła do szkoły, o mało się nie przewracając. Ja z Harrie spokojnie szłyśmy, pozwalając chłopcom oglądać się za nami, a Mike od razu zadzwonił do Lux. 
_________________________________________
Ajj, i jak Wam się podoba pierwszy rozdział, Słoneczka? x