środa, 8 maja 2013

Rozdział 2.


Poznajcie naszych Lovelasków
-Pezz, Harrie!- krzyczała Lexi Honow, nasza przyjaciółka od wieków. Dziś miała na sobie czarną spódniczkę przed kolana, wkasaną białą bluzkę, a do tego malinowe szpilki i malinową, niewielką kopertówkę. Przywitałyśmy się i czekałyśmy na resztę naszej paczki, czyli Justina, Jamesa i Carlosa. Carlos Stomek- uważany za szkolnego kujona, ale ja uważam, że jeśli jest kujonem to tylko w kwestii podrywania dziewczyn. Jest bardziej znany jako flirciarz i już nie jedna uległa jego urokowi. Na całe szczęście ja, Harrie i Lex jesteśmy odporne na wdzięki Carlosa. Z końca parkingu idealnie było widać wszystkich i nie dało się przeoczyć, jak to ona się nazywa, „Szkolnej Divy”. A prościej mówiąc Taylor Marin. Uważała się za niewiadomo kogo. Przecież to jest logiczne, że nigdy nie będzie taka jak ja, a już na pewno nigdy nie dorówna mi popularnością. Taylor zatruwa mi życie od niedawna. Tak naprawdę jest zazdrosna, ze zadaję się z Justinem, Jamesem i Carlosem oraz uważa, że ‘’odbiłam’’ jej przyjaciółki. Jedno słowo przychodzi mi na myśl-suka.
Słodka Taylor od razu do nas podeszła i zaczęła podrywać chłopaków. Oni jednak, nie zwracali na nią uwagi, tylko gadali z nami. W końcu Księżniczka tak się zgasiła, że powiedziała „Muszę lecieć, kochani” i poszła.
Gdy zadzwonił pierwszy dzwonek wszyscy razem weszliśmy do szkoły, a ja już czułam te spojrzenia ludzi. Przed nami szła Taylor, a ja już w myślach widziałam, jak się potyka na tych swoich szpilkach i upada na posadzkę. Cóż, na coś takiego długo czekać nie musiałam, bo po minucie, Taylor leżała już na ziemi, a jej świta zbiegła się, żeby jej pomóc. Razem z chłopcami ruszyłyśmy do klasy, gdzie przywitał nas nasz wychowa- pan Durnin. Pan Durnin to naprawdę świetny facet i nauczyciel matematyki. Cała szkoła go uwielbiała, ale co się dziwić, że rozmawiał z nami normalnie, a lekcje prowadził tak, że każdy, nawet największy tłumok, mógł to zrozumieć. Rozdał każdemu jego indywidualny plan lekcji, w zależności kto na jakie zajęcia się zapisał.
Po krótkim przemówieniu pana Durnina zebrałam się z dziewczynami i chłopakami, a potem wyszliśmy ze szkoły. Aby „uczcić” powrót do szkoły poszliśmy na pizzę. Po drodze mijaliśmy nowych uczniów naszej szkoły, a teraz, siedząc, rozmawialiśmy o nich.
-Ej, widziałyście tą laskę, co miała te szpilki, ale się przewróciła?- zaczął chichotać Justin.
-To była Taylor- odpowiedział James, nie łapiąc o co chodzi Justinowi.
-No wiem!- zaśmiał się, a my wszyscy wpadliśmy w śmiech. I w tym momencie miałam głęboko gdzieś, co ludzie w pizzerii sobie o nas pomyślą.
Rozmawialiśmy chyba ze 3 godziny, jedząc przy tym pizzę. Znaczy się chłopcy wciągnęli swoje kawałki w przeciągu sekundy, a ja z dziewczynami jadłyśmy i jadłyśmy.
-Dobra, ja się zbieram, bo obiecałem być w domu o 12, a jest już 13- powiedział Carlos i zaczął się śmiać.
-A od kiedy ty taki punktualny?- zaśmiała się Lexi. Carlos posłał jej ironiczne spojrzenie, pożegnał się z nami i wyszedł.
Nagle zaczął dzwonić mój telefon, więc wyjęłam go z torebki i odebrałam.
-Idioto, uspokój się do cholery. Co znowu chcesz?- zapytałam, gdy w słuchawce usłyszałam paniczny głos Mike’a. Miałam dosyć już jego krzyków, więc oddałam telefon Justinowi, który ogarnął mojego brata i dał mu kilka rad, a potem dołączyć się James, który kazał mu się uspokoić. Z dziewczynami zaczęłyśmy się śmiać z chłopców, a oni spiorunowali nas tylko wzrokiem. Po rozmowie z Mikem oddali mi telefon i stwierdzili krytyczny stan u niego, dlatego z dziewczynami nazywamy ich DOKTORAMI OD MIŁOŚCI, czy też LOVELASKAMI. Prócz nas nikt nie mógł pojąć dlaczego tak właśnie się nazywają. Z czasem i my zapomnieliśmy, ale przezwiska zostały.
Potem każdy ruszył do swojego domu. Lexi poszła z Harriet, ponieważ mieszkały blisko siebie, a ja z Justinem i Jamesem ruszyłam do domu, bo również mieszkaliśmy niedaleko siebie. Po drodze chłopcy opowiadali sobie o jakiś grach, nawet nie potrafię powiedzieć jak one się nazywają, bo są naprawdę jakieś dziwne. Potem zmienili temat, bo widzieli, że nie wiem o czym mówią. Rozmawialiśmy o warsztatach, na które razem chodziliśmy, a potem zaczęliśmy mówić o zajęciach gitary, na które już jutro wracamy.
-Zapraszam was do mnie, to sobie poćwiczymy- zaproponował Justin z wielkim uśmiechem na twarzy.
-Chętnie. Przynajmniej nie będę musiała wysłuchiwać mojego brata- zaśmiałam się, a w ślad za mną zaśmiali się chłopcy.
Rozeszliśmy się do domów. Otworzyłam drzwi i przyleciała mała Noemi, moja kuzynka. Wzięłam ją na ręce i przytuliłam, a potem się wycałowałyśmy. Poszłam do salonu i przywitałam się z ciocią i mamą.
-I jak tam rozpoczęcie?- zapytała mama, stawiając filiżanki kawy na stoliczku, szklankę soku i talerz ciastek.
-Szału nie ma, dobrze wiesz- zaśmiałam się i odstawiłam Noemi na podłogę.- Mamo, idę do Justina. Będziemy ćwiczyć grę na gitarze. A i James też będzie, nie martw się- zaśmiałam się do mamy, a ona zachichotała.
-Dobrze, ale nie wracaj późno- odparła Nina. Noemi to była córka młodszej siostry mamy- Maddie Klaus. Wyszła za mąż za Liama Klausa, jakieś 4 lata temu i 2 lata temu urodziła im się Noemi. Emi to taki słodki szkrab. Miała krótkie blond loczki i duże, niebieściutkie oczka. Uwielbiałam z nią spędzać czas i często z nią zostawałam czy się nią zajmowałam. Praktycznie cały wakacyjny miesiąc zajmowałam się nią, bo ciocia Maddie z wujkiem wyjechali na wakacje. Należało im się, prawda?
Poszłam na górę i przebrałam się w cienki sweterek w miętowe, białe i różowe paski z suwakiem na plecach. Wzięłam gitarę, a do pokrowca spakowałam telefon, zeszyt do nut, książkę z piosenkami, kostkę, stroik, kapodaster i  wszystko co jest potrzebne. Założyłam krótkie, miętowe trampki i wyszłam z pokoju. Zeszłam na dół, pożegnałam się z ciocią, Noemi i mamą i wyszłam z domu.
Po drodze wstąpiłam po Jamesa, na którego musiałam czekać, bo układanie jego, krótszych niż do ramion włosów, trochę zajmowało. Miał ciemnoczekoladowe włosy i zielone oczy. Jego włosy raz były proste raz kręcone, więc niektórzy przezywali go Loczek. Głównie wolał proste, ale zdarzały się dni, gdy miał słodko poskręcane. Chłopak wziął gitarę i wyszedł w niebieskiej bluzie z kapturem, ciemnych rurkach ze specjalnym krokiem i czarnych trampkach.
-Dłużej się nie dało, Dupozwisie?- zaśmiałam się. Mówiłam czasami na niego Dupozwis, przez te spodnie z krokiem, z których zawsze się naśmiewałam.
-Nie, blondynko- zaśmiał się James, a ja posłałam mu piorunujące spojrzenie. Poszliśmy do domu Justina, rozmawiając o wszystkim i o niczym. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz