Poznajcie
naszych Lovelasków
-Pezz,
Harrie!- krzyczała Lexi Honow, nasza przyjaciółka od wieków. Dziś miała na
sobie czarną spódniczkę przed kolana, wkasaną białą bluzkę, a do tego malinowe
szpilki i malinową, niewielką kopertówkę. Przywitałyśmy się i czekałyśmy na
resztę naszej paczki, czyli Justina, Jamesa i Carlosa. Carlos Stomek- uważany
za szkolnego kujona, ale ja uważam, że jeśli jest kujonem to tylko w kwestii
podrywania dziewczyn. Jest bardziej znany jako flirciarz i już nie jedna uległa
jego urokowi. Na całe szczęście ja, Harrie i Lex jesteśmy odporne na wdzięki
Carlosa. Z końca parkingu idealnie było widać wszystkich i nie dało się
przeoczyć, jak to ona się nazywa, „Szkolnej Divy”. A prościej mówiąc Taylor
Marin. Uważała się za niewiadomo kogo. Przecież to jest logiczne, że nigdy nie
będzie taka jak ja, a już na pewno nigdy nie dorówna mi popularnością. Taylor zatruwa
mi życie od niedawna. Tak naprawdę jest zazdrosna, ze zadaję się z Justinem,
Jamesem i Carlosem oraz uważa, że ‘’odbiłam’’ jej przyjaciółki. Jedno słowo
przychodzi mi na myśl-suka.
Słodka Taylor
od razu do nas podeszła i zaczęła podrywać chłopaków. Oni jednak, nie zwracali
na nią uwagi, tylko gadali z nami. W końcu Księżniczka tak się zgasiła, że
powiedziała „Muszę lecieć, kochani” i poszła.
Gdy zadzwonił
pierwszy dzwonek wszyscy razem weszliśmy do szkoły, a ja już czułam te
spojrzenia ludzi. Przed nami szła Taylor, a ja już w myślach widziałam, jak się
potyka na tych swoich szpilkach i upada na posadzkę. Cóż, na coś takiego długo
czekać nie musiałam, bo po minucie, Taylor leżała już na ziemi, a jej świta
zbiegła się, żeby jej pomóc. Razem z chłopcami ruszyłyśmy do klasy, gdzie
przywitał nas nasz wychowa- pan Durnin. Pan Durnin to naprawdę świetny facet i
nauczyciel matematyki. Cała szkoła go uwielbiała, ale co się dziwić, że
rozmawiał z nami normalnie, a lekcje prowadził tak, że każdy, nawet największy
tłumok, mógł to zrozumieć. Rozdał każdemu jego indywidualny plan lekcji, w
zależności kto na jakie zajęcia się zapisał.
Po krótkim
przemówieniu pana Durnina zebrałam się z dziewczynami i chłopakami, a potem
wyszliśmy ze szkoły. Aby „uczcić” powrót do szkoły poszliśmy na pizzę. Po
drodze mijaliśmy nowych uczniów naszej szkoły, a teraz, siedząc, rozmawialiśmy
o nich.
-Ej,
widziałyście tą laskę, co miała te szpilki, ale się przewróciła?- zaczął chichotać
Justin.
-To była
Taylor- odpowiedział James, nie łapiąc o co chodzi Justinowi.
-No wiem!-
zaśmiał się, a my wszyscy wpadliśmy w śmiech. I w tym momencie miałam głęboko
gdzieś, co ludzie w pizzerii sobie o nas pomyślą.
Rozmawialiśmy
chyba ze 3 godziny, jedząc przy tym pizzę. Znaczy się chłopcy wciągnęli swoje
kawałki w przeciągu sekundy, a ja z dziewczynami jadłyśmy i jadłyśmy.
-Dobra, ja
się zbieram, bo obiecałem być w domu o 12, a jest już 13- powiedział Carlos i
zaczął się śmiać.
-A od kiedy
ty taki punktualny?- zaśmiała się Lexi. Carlos posłał jej ironiczne spojrzenie,
pożegnał się z nami i wyszedł.
Nagle zaczął
dzwonić mój telefon, więc wyjęłam go z torebki i odebrałam.
-Idioto,
uspokój się do cholery. Co znowu chcesz?- zapytałam, gdy w słuchawce usłyszałam
paniczny głos Mike’a. Miałam dosyć już jego krzyków, więc oddałam telefon
Justinowi, który ogarnął mojego brata i dał mu kilka rad, a potem dołączyć się
James, który kazał mu się uspokoić. Z dziewczynami zaczęłyśmy się śmiać z
chłopców, a oni spiorunowali nas tylko wzrokiem. Po rozmowie z Mikem oddali mi
telefon i stwierdzili krytyczny stan u niego, dlatego z dziewczynami nazywamy
ich DOKTORAMI OD MIŁOŚCI, czy też LOVELASKAMI. Prócz nas nikt nie mógł pojąć
dlaczego tak właśnie się nazywają. Z czasem i my zapomnieliśmy, ale przezwiska
zostały.
Potem każdy
ruszył do swojego domu. Lexi poszła z Harriet, ponieważ mieszkały blisko
siebie, a ja z Justinem i Jamesem ruszyłam do domu, bo również mieszkaliśmy
niedaleko siebie. Po drodze chłopcy opowiadali sobie o jakiś grach, nawet nie
potrafię powiedzieć jak one się nazywają, bo są naprawdę jakieś dziwne. Potem
zmienili temat, bo widzieli, że nie wiem o czym mówią. Rozmawialiśmy o
warsztatach, na które razem chodziliśmy, a potem zaczęliśmy mówić o zajęciach
gitary, na które już jutro wracamy.
-Zapraszam
was do mnie, to sobie poćwiczymy- zaproponował Justin z wielkim uśmiechem na
twarzy.
-Chętnie.
Przynajmniej nie będę musiała wysłuchiwać mojego brata- zaśmiałam się, a w ślad
za mną zaśmiali się chłopcy.
Rozeszliśmy
się do domów. Otworzyłam drzwi i przyleciała mała Noemi, moja kuzynka. Wzięłam
ją na ręce i przytuliłam, a potem się wycałowałyśmy. Poszłam do salonu i
przywitałam się z ciocią i mamą.
-I jak tam
rozpoczęcie?- zapytała mama, stawiając filiżanki kawy na stoliczku, szklankę
soku i talerz ciastek.
-Szału nie
ma, dobrze wiesz- zaśmiałam się i odstawiłam Noemi na podłogę.- Mamo, idę do
Justina. Będziemy ćwiczyć grę na gitarze. A i James też będzie, nie martw się-
zaśmiałam się do mamy, a ona zachichotała.
-Dobrze, ale
nie wracaj późno- odparła Nina. Noemi to była córka młodszej siostry mamy-
Maddie Klaus. Wyszła za mąż za Liama Klausa, jakieś 4 lata temu i 2 lata temu
urodziła im się Noemi. Emi to taki słodki szkrab. Miała krótkie blond loczki i
duże, niebieściutkie oczka. Uwielbiałam z nią spędzać czas i często z nią
zostawałam czy się nią zajmowałam. Praktycznie cały wakacyjny miesiąc
zajmowałam się nią, bo ciocia Maddie z wujkiem wyjechali na wakacje. Należało
im się, prawda?
Poszłam na
górę i przebrałam się w cienki sweterek w miętowe, białe i różowe paski z
suwakiem na plecach. Wzięłam gitarę, a do pokrowca spakowałam telefon, zeszyt
do nut, książkę z piosenkami, kostkę, stroik, kapodaster i wszystko co jest potrzebne. Założyłam krótkie,
miętowe trampki i wyszłam z pokoju. Zeszłam na dół, pożegnałam się z ciocią,
Noemi i mamą i wyszłam z domu.
Po drodze
wstąpiłam po Jamesa, na którego musiałam czekać, bo układanie jego, krótszych
niż do ramion włosów, trochę zajmowało. Miał ciemnoczekoladowe włosy i zielone
oczy. Jego włosy raz były proste raz kręcone, więc niektórzy przezywali go
Loczek. Głównie wolał proste, ale zdarzały się dni, gdy miał słodko poskręcane.
Chłopak wziął gitarę i wyszedł w niebieskiej bluzie z kapturem, ciemnych
rurkach ze specjalnym krokiem i czarnych trampkach.
-Dłużej się
nie dało, Dupozwisie?- zaśmiałam się. Mówiłam czasami na niego Dupozwis, przez
te spodnie z krokiem, z których zawsze się naśmiewałam.
-Nie,
blondynko- zaśmiał się James, a ja posłałam mu piorunujące spojrzenie.
Poszliśmy do domu Justina, rozmawiając o wszystkim i o niczym.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz